Śmierć Komandora tom 2: ciąg dalszy przygód malarza, któremu objawiła się idea


Wprowadzenie

Jako wprowadzenie zapraszam do mojej recenzji 1. tomu “Śmierci Komandora”, gdzie oprócz opinii o książce, jest też o podobieństwach do innych powieści Murakamiego i moim ogólnym stosunku do tego autora.

Informacje ogólne

~~~

Pierwszy tom “Śmierci Komandora” świetnie przedstawił postacie i pozwolił wczuć się w klimat historii. Głównym bohaterem, a zarazem narratorem opowieści, jest malarz, który po rozstaniu z żoną zamieszkał w górskim, odosobnionym domku należącym do ojca jego przyjaciela. Mimo, że zrezygnował z pracy portrecisty przyjmuje zlecenie od obłędnie bogatego pana Menshiki. To właśnie więź nawiązana pomiędzy nimi jest główną siłą napędową pierwszego tomu. W tomie drugim ciężar ten przenosi się na Marie, 13-letnią dziewczynkę, która jest dość zamkniętą w sobie piękną nastolatką wychowywaną przez ciotkę i wiecznie nieobecnego ojca. Akcja toczy się wokół malowania jej portretu, pogłębiania relacji między malarzem a modelką, a później nagłym zniknięciu dziewczyny.

W drugim tomie dowiadujemy się dużo więcej o Masahiko, a właściwie o jego ojcu i tym, co go ukształtowało. Najbardziej poruszającą historią jest opowiadanie o wujku Masahiko, który w czasie wojny został zaciągnięty do wojska i zmuszony robić okropne rzeczy jeńcom wojennym. Jak to jest ujęte przez Masahiko:

– Urodził się, by pięknie grać Chopina i Debussy’ego. Nie po to, by obcinać innym głowy.

– A czy są ludzie, którzy się urodzili, by to robić?

Dużo jest też filozoficznych wynurzeń na temat języka, idei, metafor, natury myślenia. Nie są one jednoznacznie określone, Murakami nigdy nie podaje ostatecznych odpowiedzi na takie niepewne tematy. To bardziej luźne rozkminy, które mają czytelnika zmusić do ruszenia mózgownicą, żeby sam się zastanowił, co o tym myśli. Padają pytania, a dociekanie odpowiedzi pozostawia się czytającemu. Przytoczę tu dla przykładu fragment dialogu, który malarz przeprowadził z Donną Anną w krainie relacji, schodząc w głąb tunelu:

– Przypomina mi jaskinię u podnóży Fudżi, którą kiedyś zwiedzałem - powiedziałem. Czy to naprawdę ta sama?

– Wszystko, co tu jest, to rzeczy, które coś przypominają - odparła Donna Anna, nie odwracając się, jakby mówiła do ciemności przed sobą.

– To znaczy, że nie są prawdziwe?

– Nikt nie wie, co jest prawdziwe - powiedziała dobitnie. - Wszystko, co widzimy, jest rezultatem relacji. Światło tutaj jest metaforą cienia, a cienie są metaforą światła. Myślę, że pan o tym wie.

Nie całkiem rozumiałem, o co jej chodzi, ale znowu powstrzymałem się od dalszych pytań. Wszystko przeradzało się w symboliczne rozważania natury filozoficznej.

A propo Donny Anny - w 1. tomie malarz porównywał znaleziony przez siebie obraz Tomohiko Amady “Śmierć Komandora” do wydarzeń z życia malarza oraz opery Mozarta “Don Giovanni”. W tym tomie porównanie się pogłębia i coraz więcej elementów obrazu nabiera życia (dosłownie). Oprócz idei ucieleśniającej Komandora, spotykamy Długogębego, który jest tylko mierną metaforą i Donnę Annę, która czekała na malarza w świecie relacji. Zawsze u Murakamiego podziwiam tę lekkość z jaką wprowadza elementy nadnaturalne do świata swoich powieści.

Co do zakończenia, nie pasowało mi do reszty powieści. Wszystko było tak powoli rozwijane, a tu nagle, bum! Nagła zmiana sytuacji i koniec (nie napisałam, co się stało, bo nie chcę spojlerować :P).

placeholder

Jak oceniam całość?

Patrząc na “Śmierć Komandora” jako całość - jest to dobra powieść. Obie części tak bardzo się uzupełniają, że najlepiej czytać je jako całość, polecam brać się za 2. tom zaraz po skończeniu pierwszego.

Nie jest to najlepsze dzieło Murakamiego (“1Q84” nadal jest moją ulubioną pozycją, a “Kronika ptaka nakręcacza”, czy “Hard-Boiled Wonderland i Koniec Świata” są lepsze pod względem fabuły i oryginalności), ale trzyma poziom. Bardzo polubiłam postać malarza i ideę Komandora. I jak zwykle zachwycałam się lekkością pióra Murakamiego i tym jak przyjemnie dzięki niemu spędziłam czas.

Moja ocena 2.tomu: 6/10; Moja ocena całości: 7/10

Na koniec polecam księgarnię pełną azjatyckich perełek, czyli Tajfuny, która mieści się w Warszawie na Chmielnej (można też zamawiać online). To tam kupiłam “Śmierć Komandora” i byłam pod ogromnym wrażeniem - wystrój jest piękny, wybór książek azjatyckich po polsku, czy angielsku bardzo duży, obsługa miła i chętna do wszelkich rozmów o literaturze. Jeśli szukacie czegoś azjatyckiego do czytania, to skorzystajcie z ich pomocy, bo znają się na tym, czym żyją ;)